Statuo

Ochrona danych, kontrola zarządcza, wizerunek i promocja

Czy cyberprzestępcy wybiorą prezydenta USA?

Autor: Łukasz Wojciechowski

Wielokrotnie słyszymy o drobnych cyberprzestępstwach na które narażeni są wszyscy internauci. Ktoś wykrada dane karty bankowej i z konta znikają pieniądze. Ktoś wykrada hasła, prywatne zdjęcia i prowadzi to do kompromitacji poszkodowanego. Co jednak, jeśli działanie za którym stoją cyberprzestępcy ma wpływ na wybór prezydenta największego światowego mocarstwa?

Nie każdy interesuje się polityką, więc warto nakreślić kilka początkowych faktów. W Stanach Zjednoczonych mamy system prezydencki i system dwupartyjny. Co to oznacza? Po pierwsze to, że wybrany w wyborach prezydent ma realną władzę, w przeciwieństwie do modelu znanego np. w Polsce lub Niemczech, gdzie prezydent współpracuje (lepiej lub gorzej) z rządem i pełni funkcje reprezentacyjne. Po drugie, w wyborach zawsze jest dwóch realnych kandydatów – przedstawicieli dwóch partii. Pierwsza z nich to partia republikańska (konserwatywna), z której wywodził się poprzedni prezydent George W. Bush, a kandydatem w najbliższych wyborach będzie Donald Trump. Druga to partia demokratyczna, matecznik obecnego prezydenta Baracka Obamy, która w nadchodzących wyborach wystawi Hillary Clinton. Podsumowując to w jednym zdaniu – jeżeli partia republikańska lub partia demokratyczna wystawi kandydata, to ma on bardzo realne szanse na objęcie urzędu prezydenta USA. Dlatego zanim dojdzie do starcia dwóch kandydatów różnych partii, w każdym ugrupowaniu trwa zacięta walka o nominację.

Nie inaczej było tym razem, zarówno w partii republikańskiej, jak również u demokratów. Skupmy się jednak na tej drugiej partii, ponieważ to właśnie tam doszło do skandalu z cyberprzestępczością w tle. Tuż przed ostateczną nominacją Hillary Clinton, Przewodnicząca Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej Debbie Wasserman Schultz musiała podać się do dymisji, ponieważ słynny portal Wikileaks opublikował tysiące maili otwierających przed wyborcami brudny i bezwzględny świat polityki. Z wiadomości mailowych wynikało jasno, że czołowi partyjni dygnitarze nie tylko nie są zwolennikami uczciwej rywalizacji (niech nominację otrzyma lepszy), lecz także niszczą najpoważniejszego kontrkandydata Clinton – Berniego Sandersa. W jaki sposób? Było ich wiele, ale jako najbardziej obłudny wskazać należy sugerowanie mediom w jaki sposób można zaatakować Sandersa. W mailach „podpowiadano”, że warto zaatakować jego rzekomy ateizm. Nie każdy zdaje sobie sprawę, że społeczeństwo w USA jest tak konserwatywne, że ateizm jest bardzo poważnym obciążeniem w wyborach.

Wyciek maili w takim momencie kampanii daje wiele do myślenia. Jest za późno, żeby wycofać kandydaturę Hillary Clinton. Jednocześnie po aferze kandydatka jest skompromitowana, co zwiększa szanse kontrowersyjnego Donalda Trumpa. Trudno nie zastanawiać się, komu najbardziej zależy na wyborze Trumpa. Wielu politologów i publicystów skierowało swój wzrok w stronę Moskwy. Trump jawi się bowiem jako kandydat prorosyjski, czemu dał wyraz w swoich licznych wypowiedziach zarówno o samym Kremlu, jak również o NATO. Wiele wskazuje na to, że w przypadku zwycięstwa republikańskiego miliardera musiałoby dojść do rewizji dotychczasowej polityki międzynarodowej USA.

Pojawiają się pierwsze doniesienia, że za cyberatakiem, na skutek którego doszło do wycieku maili, stoją rosyjscy hakerzy. Trudno jednak na tym etapie stwierdzić, czy jest to linia obrony Hillary Clinton, czy rzeczywisty wynik śledztwa. Na pewno nie dowiemy się tego przed wyborami, a może nawet nieprędko po wyborach. Jedno jest pewne – po raz pierwszy atak cybernetyczny może mieć aż tak duży wpływ na losy świata.


bezpieczeństwo informacjicyberbezpieczeństwocyberprzestępczość

27 lipca 2016


Poprzedni wpis

Kolejny wpis