Statuo

Ochrona danych, kontrola zarządcza, wizerunek i promocja

Reforma studiów doktoranckich

Reforma studiów doktoranckich

Autor: Łukasz Wojciechowski

3,5 tys. zł stypendium naukowego, żeby można było „skupić się na badaniach”. Kiedy przeczytałem propozycję Krajowej Reprezentacji Doktorantów do reformy szkolnictwa wyższego, pomyślałem, że to jakiś niesmaczny żart. W stosunku do wszystkich, którzy uczciwie pracują, również w polskiej nauce. Reforma studiów doktoranckich jest potrzebna, ale powinna być bardzo dobrze przemyślana. Z wielką ciekawością czekam na jej ostateczny kształt.

Reforma studiów doktoranckich – propozycje doktorantów

Od początku dyskusji nad zmianami w szkolnictwie wyższym (tzw. reforma 2.0) pojawiły się postulaty, iż konieczna jest reforma studiów doktoranckich. Serwis Gazetaprawna.pl podał, że głos w dyskusji zabrali przedstawiciele Krajowej Reprezentacji Doktorantów. Zabiegają m.in. o:

  • 3,5 tys. zł miesięcznego stypendium (przez pierwsze 2 lata studiów wypłacane ma być „tylko” 80% tej kwoty)
  • egzaminy weryfikacyjne po dwóch latach
  • likwidację zaocznych studiów doktoranckich
  • zastąpienie studiów doktoranckich czteroletnimi programami doktorskimi (podczas których doktoranci będą uczeni m.in. tego jak uczyć studentów, jak robić badania naukowe)

Oczywiście, nad każdym postulatem warto się zastanowić, a niektóre wydają się bardzo rozsądne. Szczególnie wymóg posiadania certyfikatu z języka obcego, o którym można przeczytać w innym artykule. Jednak propozycja stypendium w tym kształcie jest według mnie totalnie oderwana od rzeczywistości. Płacenie osobom, które tak naprawdę nic jeszcze nie potrafią za to, że chcą się uczyć i rozwijać jest naganne i niemoralne. Pomijając to, że często niższe od tej kwoty jest wynagrodzenie adiunkta na państwowej uczelni. Nie mówiąc już o pensjach pielęgniarek, nauczycieli, a w szczególności młodych lekarzy (rezydentów). Uważam, że cały tok takiego rozumowania jest niewłaściwy.

Reforma studiów doktoranckich – co powinno się zmienić

Nie rozumiem idei płacenia wszystkim uczestnikom studiów doktoranckich za naukę. Samo to, że nie muszą płacić za naukę na tym poziomie już jest pewnego rodzaju wynagrodzeniem. Wydaje mi się, że najlepszym rozwiązaniem byłby rozbudowany system grantów i kierunków zamawianych. Warto płacić najlepszym, ale nie tym, którzy na łatwym kierunku humanistycznym zrobili dodatkowy referat i dostali piątkę z zaliczenia, albo jeździli po konferencjach z wystąpieniami „różnej” jakości . Państwo powinno płacić za badania w obszarach, które są potrzebne. Jeżeli ktoś chce napisać doktorat np. z filozofii antycznej, to powinien udowodnić, że jest to potrzebne, zapłacić za niego samodzielnie lub dostać dofinansowanie, np. z Ministerstwa Kultury. W każdej sytuacji doktorant powinien sam zabiegać o pieniądze. Dostawanie ich „z automatu” jest demoralizujące i prowadzi do nieprzystosowania do dorosłego życia. Uważam natomiast, że za prowadzenie jakichkolwiek zajęć doktoranci powinni otrzymywać wynagrodzenie. Warto też zastanowić się nad stałą opieką merytoryczną nad doktorantami, którzy jeżdżą na konferencje naukowe. Często poziom ich wystąpień jest żenujący i nie są w stanie odróżnić swoich radosnych obserwacji od prezentacji referatu naukowego. Być może gdyby doktorant występował zawsze jako osoba pod opieką naukową konkretnego samodzielnego pracownika naukowego, pracownik ten przeanalizowałby przyszłe wystąpienie i zadbał o jego naukowość. Również liczba bezpłatnych miejsc na takich studiach powinna być bardzo poważnie ograniczona. Wierzę, że są kierunki, na których rzeczywiście trzeba skoncentrować się na badaniach. Ale niech nikt mi nie wmawia, że doktoratu z nauk społecznych czy humanistycznych nie można pogodzić z pracą zarobkową. Można, a poza pracą i badaniami naukowymi zostaje jeszcze dużo wolnego czasu. O tym, że reforma studiów doktoranckich jest potrzebna świadczy to, jak w ostatnich latach wyglądały takie studia. Zarówno z perspektywy uczelni wyższych, jak i samych uczestników studiów doktoranckich. O wszystkim piszę w czasie przeszłym, z ogromną nadzieją, że obecna sytuacja się zmieni. Chociaż wcale nie mam takiej pewności.

Jak było z perspektywy uczelni wyższych

Przez ostatnie lata studia doktoranckie w Polsce były w dużej mierze zjawiskiem patologicznym pod wieloma względami. Szczególnie na kierunkach społeczno-humanistycznych często przyciągały osoby, które nie miały pomysłu na życie po studiach. Albo nic nie potrafiły, co powodowało małą atrakcyjność na rynku pracy, albo po prostu nie chciało się im pracować, skoro mogli „robić badania naukowe”. Przyjmowani byli prawie wszyscy. Szczególnie na kierunkach na których brakowało studentów(!), żeby podreperować budżety wydziałów. Bo za każdego doktoranta uczelnie dostawały środki z budżetu państwa. Według raportu Najwyższej Izby Kontroli (styczeń 2016) dotyczącego studiów doktoranckich w latach 2006-2013 liczba uczestników studiów doktoranckich wzrosła o 40%. Jednocześnie doktoraty obroniło zaledwie 40% uczestników takich studiów. NIK wskazuje na jeszcze jedną patologiczną praktykę – uczynienie z doktorantów taniej siły roboczej. Uczelnie nie musiały już finansować etatów asystenckich, które dawały młodym naukowcom poczucie stabilizacji, ale też odpowiedzialności. W końcu byli w pracy. Zajęcia prowadzili uczestnicy studiów doktoranckich, w ramach obowiązkowych praktyk, za darmo.

Jak było z perspektywy studentów studiów doktoranckich

Samo bycie doktorantem też się opłacało. Każdy otrzymywał legitymację, która dawała zniżki w lokalnych i ogólnopolskich środkach komunikacji. Dla osób, które dużo podróżowały był to naprawdę intratny przywilej. Bardziej obrotne osoby dostawały stypendia. Naukowe (jest ich kilka rodzajów), za wysokie oceny z dziwnych, nikomu niepotrzebnych przedmiotów i jak największej ilości zaświadczeń o swojej aktywności. Doktoranci mogli się też ubiegać o stypendia socjalne. W rocznikach z dużą liczbą doktorantów dochodziło często do niezdrowej rywalizacji. Na porządku dziennym było nieinformowanie się o wydarzeniach, na których „dają zaświadczenia”. Pojawiały się też różnego rodzaju donosy, byle tylko osłabić przeciwnika w wyścigu po pieniądze. Studia doktoranckie były często rozliczane w trybie rocznym, więc jak ktoś poszedł spróbować i po 2 miesiącach przestał się pojawiać na uczelni, to i tak przez cały rok korzystał z legitymacji i zniżek. W gąszczu tego całego dziwactwa znajdowali się i znajdują normalni doktoranci. Osoby, które rzeczywiście coś badały, pisały i broniły dobre prace, a teraz pracują na uczelniach. Niestety, stanowili i wciąż stanowią mniejszość.

NaukaSzkolnictwo wyższeŁukasz Wojciechowski

20 maja 2017


Poprzedni wpis

Kolejny wpis